Skip to content →

wszystko jest po coś, czyli moje (nie)bieganie…

MOJE (NIE)BIEGANIE…

Długo zastanawiałem się, o czym powinien być pierwszy post na moim blogu… Pomysłów miałem kilka. Ale za każdym razem, gdy już się zabierałem do pisania, zawsze stwierdzałem, że to jednak nie to. Aż w końcu nadszedł dzień, kiedy dokładnie wiedziałem, czego dotyczyć ma ten wpis. Pomimo sportowego charakteru bloga, nie będzie on stricte o treningu. To będzie subiektywne spojrzenie na to, co zdarzyło się w moim życiu przez ostatnie 6 miesięcy. Niewątpliwie działo się dużo, ale dopiero niedawno dostrzegłem, jak dużo…

POWRÓT Z KENII (DO RZECZYWISTOŚCI)

W lutym br. byłem na obozie treningowym, podczas którego, wraz z dwunastoosobową grupą z Polski, przeżyłem niesamowite 18 dni. Iten, bo tam właśnie trenowaliśmy, to magiczne miejsce położone w krainie Wielkiego Rowu Afrykańskiego w Kenii. Ta mała miejscowość leży na wysokości 2 400 m n.p.m. i jest prawdziwą mekką biegaczy. Mojemu pobytowi tam poświęcę osobny wpis na blogu, bo uważam go za przygodę życia! Od początku mojej „kariery” biegowej marzyłem, żeby tam być. Trenować z najlepszymi. Moje marzenie się spełniło. W dodatku byłem w świetnej formie. Szykowałem się akurat do Orlen Warsaw Marathon i po cichu miałem nadzieję na złamanie 2:45 w kwietniowym starcie.

Po powrocie do Polski sytuacja zaczęła się jednak komplikować… Podróż była dość ciężka, w sumie ponad 10 godzin lotu, przesiadki, zmiana pogody, no i 250 km w nogach też dawały znać o sobie. Rzadko stosuję przerwy w treningu, ale właśnie wtedy czułem, że jej potrzebuję. Postanowiłem posłuchać swojego organizmu i zrobić kilka dni wolnego od biegania. Akurat mogłem zająć się dopinaniem wszystkich formalności związanych ze zmianą pracy, poszedłem na kilka masaży do mojego fizjoterapeuty, odwiedziłem Rodzinę i znajomych, rozdając im przywiezione pamiątki, nadrobiłem zaległości w spaniu i odliczałem dni do najbliższego startu… W tym momencie muszę się do czegoś przyznać: uwielbiam rywalizację i starty w zawodach! To mnie nakręca i po to właśnie trenuję. Oczywiście lubię też wolne wybiegania po ciężkich sesjach treningowych, kiedy to nogi same wołają o buty z większą amortyzacją i tempo nie jest wtedy najważniejsze, kiedy znajomi cieszą się, że wreszcie mogą ze mną pobiegać, kiedy moje tętno jest niewiele wyższe od tego podczas oglądania horrorów, ale jednak największą frajdę sprawia mi szukanie granic wytrzymałości podczas zawodów i walka ze swoimi słabościami o każdą sekundę urwaną z życiówki!

Plan był już ustalony od dawna, najpierw Bieg Wedla (9 km), potem Półmaraton Wiązowski, no i radomskie ‚otwarcie sezonu’, czyli Bieg Kazików (10 km) na początku marca. Trzeciego dnia po powrocie wyszedłem potruchtać chwilę, żeby sprawdzić, jak się czuję na nizinach i czy zmęczone nogi były już gotowe na ostatni okres przygotowań przed wiosennym Maratonem. Odczucia miałem bardzo mieszane. Z jednej strony luz w płucach, oddychało się naprawdę bardzo łatwo; górki, które do tej pory wydawały mi się podbiegami na mojej podstawowej trasie okazały się płaskie jak stół w porównaniu do terenu, po jakim biegałem w Kenii, wreszcie twarda nawierzchnia, od której łatwiej się odbija i biega się szybciej, ale z drugiej… ciągle coś przeszkadzało mi w normalnym, sprężystym kroku, który gwarantuje udany bieg. A to lewa kostka, a to prawa łydka, jednym słowem – lipa! Dokładnie pamiętam, jak czułem się i co myślałem podczas tych wolnych 8 kilometrów. Decyzja mogła być tylko jedna: odpuszczam Bieg Wedla, chodzę na terapię manualną, rozciągam się w domu i czekam. Znam dobrze swój organizm i potrafię odróżnić ból związany z przemęczeniem od tego tzw. kontuzyjnego. Niestety, gdzieś głęboko czułem, że to ta gorsza opcja. Bardzo chciałem się mylić i nie dopuszczałem do głowy myśli, że nie pojadę na kolejne zawody. A jednak. Półmaraton Wiązowki też odbył się bez mojego udziału, a ja postanowiłem udać się do kliniki rehabilitacyjnej dla sportowców w Warszawie.

PIĘTA ACHILLESOWA

Pan Doktor ortopeda wysłuchał mojej historii, dotknął stopę w kilku miejscach, pomyślał chwilę i powiedział: „Prawdopodobnie ma Pan pękniętą kość piętową. Dla dokładnego rozpoznania zalecam badanie rezonansem magnetycznym.” Moje zdziwienie sięgnęło zenitu… Jak to? Przecież pod koniec zeszłego roku miałem 10-cio tygodniową przerwę (zmęczeniowe pęknięcie kości śródstopia), grudzień był delikatnym wprowadzeniem do treningu, w styczniu trochę mocniej, no i w lutym Kenia. To za krótki okres po przymusowym roztrenowaniu na kolejne pęknięcie!

Dostałem skierowanie, ale nie czekałem na termin refundowanej przez NFZ wizyty, bo przecież sami wiecie, jak chora jest sytuacja w naszej polskiej służbie zdrowia (było to bodajże 4 miesiące oczekiwania) i wykonałem odpłatne badanie, na które miejsce było już następnego dnia. Wynik (wyrok) otrzymałem dzień po badaniu. Potwierdziło się przypuszczenie ortopedy z Warszawy: szczelina pęknięcia kości piętowej po bocznej stronie lewej stopy. Dodatkowo nad guzem piętowym widoczne zmiany zwyrodnieniowe ścięgna Achillesa. No cóż… Byłem już przygotowany na taką ewentualność i szybko ułożyłem sobie w głowie plan działania na następne kilka tygodni. Odciążenie nogi, fizykoterapia, wzbogacenie diety wapniem, trening zastępczy, rozciąganie Achillesa i co prawda w kwietniu nie pobiegnę Maratonu, ale zacznę trenować i będę odbudowywał formę na jesień. Przecież poprzednim razem, kiedy wracałem po kontuzji, po 2 miesiącach znacząco poprawiłem swoje wyniki! Nie załamałem się. Miałem wszystko pod kontrolą. Zacząłem działać…

Jak się później okazało, tak mi się tylko zdawało. Moje działania było skoncentrowane na jak najszybszym powrocie do zdrowia i sportu, ale równolegle, w tym samym czasie, los wziął sprawy w swoje ręce i nie pytając mnie o zdanie pokierował, jak dalej będzie wyglądać moje życie. W tym okresie nastąpiło wiele zmian. Część z nich, co prawda, to moje świadome decyzje, część było ich konsekwencją, ale większość to ogromne zaskoczenie i jak to się zwykle mawia, ‚szczęście w nieszczęściu.’

WIĘCEJ CZASU I ENERGII

Nie ukrywam, że trening maratoński wymaga poświęcenia wiele czasu i energii, to także ciągłe wyrzeczenia i życie w pewnym rygorze. Szczególnie, jeśli oprócz zajmowania się przygotowaniem do startu, zawodnik amator normalnie pracuje, a jeszcze gorzej, gdy, tak jak ja, ma dwa etaty. Dlatego praktycznie wszystkie treningi robiłem przed pracą, czyli ok 5 rano. Po pierwsze, mój zegar biologiczny woli wysiłek skoro świt, a po drugie, gwarantuję Wam, że po 12 godzinach poza domem, trening ten nie byłby już tak przyjemny i efektywny. Mimo wszystko, nigdy nie narzekałem, bo kocham biegać i nawet gdyby ktoś mnie obudził w środku nocy, to nie odmówiłbym wyjścia na ścieżkę. Teraz miałem czas na nadrobienie największych zaległości, czyli spanie odpowiedniej liczby godzin. Biegam z zegarkiem Nike Sportwatch i wszystkie treningi magazynuję na platformie niekeplus.com. Szybko więc sprawdziłem, że będę miał dodatkowe 10 godzin każdego tygodnia, a jeśli dodać jeszcze czas poświęcony na rozciąganie, ćwiczenia stabilizacyjne i dodatkowy prysznic, to okazało się, że zyskam prawie cały dzień ‚extra’, taką drugą niedziela. I znów tylko mi się tak wydawało… Nie cierpię marnować czasu! Mało tego, nawet gdy sam nie szukam zajęcia, to ono mnie i tak znajdzie. Początkowo nastawiałem budzik na jak najpóźniej, ale po dwóch – trzech tygodniach stwierdziłem, że to mi nie służy. Po prostu lepiej się czuję, gdy wstanę o godzinę wcześniej i poćwiczę, niż kiedy śpię te, wychwalane przez wszystkich, 8 godzin. Zacząłem więc rano w domu jeździć na rowerze stacjonarnym. Co drugi dzień przychodziłem na 6:30 do klubu fitness, w którym pracuję, żeby pomachać ciężarami. Odliczałem dni do powrotu do biegania i nawet zapisałem się na kontrolne badanie rezonansem, żeby z czystym sumieniem wznowić treningi po Wielkanocy.

Marzec i kwiecień to był dla mnie szczególny okres. Poznałem wtedy wiele osób, które bezinteresownie ofiarowały mi swoją pomoc, które wspierały mnie i podnosiły na duchu, kiedy miałem zły dzień. Muszę też przyznać, że nowa praca, nowe obowiązki, nowe wyzwania skutecznie zapełniły mi czas bez biegania. Poza tym, każdego dnia tworzymy swoją historię i każdego dnia poznajemy siebie w innej sytuacji. Zwykle zbyt często jesteśmy załadowni obowiązkami, żeby zatrzymać się na chwilę i uświadomić sobie, co jest teraz najważniejsze i dostrzec otaczające nas zjawiska, na które wcześniej nie zwracaliśmy uwagi. Ja się zatrzymałem. Przypomniałem sobie książkę, do której wracałem już kilka razy w podobnych sytuacjach. Jest to „Obóz Treningowy” Jona Gordon’a. To historia młodego utalentowanego gracza futbolu amerykańskiego, który podczas obozu kwalifikacyjnego do zawodowej drużyny doznaje kontuzji. Pomimo, że opowieść ta jest osadzona w realiach sportu, jej przesłanie skierowane jest dla wszystkich, nawet tych nietrenujących. Polecam!

SINUSOIDA

Wszystko układało się, jak na ówczesną sytuację, bardzo dobrze. Coraz szybciej zbliżał się też oczekiwany przeze mnie dzień. Wielki Piątek. To właśnie wtedy miałem wyznaczony kontrolny rezonans. Prawie godzina spędzona w hałaśliwej maszynie, potem Święta spędzone z rodziną, idzie wiosna, słoneczko świeci, odbieram wynik, pięta się zrosła, wszystko super… Gdyby nie Achilles… Nie wiem, czy to badanie było dokładniejsze, czy aparat nowszy, czy lekarz robiący opis zdolniejszy, ale przez 8 tygodni niebiegania moje ścięgno nie odpoczęło na tyle, żeby się zregenerować. Mało tego, stwierdzono, że jest ono częściowo rozerwane. Wyobrażacie sobie moją minę? To było dla mnie tak nieoczekiwane, że początkowo nie wierzyłem w to, co czytam. Od razu umówiłem się z ortopedą, żeby skonsultować wynik i jednak musiałem uwierzyć. Co dalej…? Oczywiście, nie załamywać się! Gdy biegniesz Maraton i dopada Cie kryzys, też nie możesz (nie powinieneś) tak po prostu odpuścić i zejść z trasy. Tego właśnie nauczyło mnie bieganie. Ciągłej walki i pokonywania przeciwności. Byłem przyzwyczajony do tego, że zawsze starałem się radzić sobie samemu, ale tym razem mogłem liczyć na wsparcie, o jakim nigdy nawet nie marzyłem, bo nie przypuszczałem, że takie istnieje.

MOJA K.

Napisałem wcześniej, że w tym trudnym dla mnie okresie poznałem wiele nowych osób. Zgadza się. Ale poznałem też kogoś, kogo znałem od dawna. Poznałem zupełnie z innej strony. Dziś nie wiem, co bym zrobił bez mojej Kasi. To wspaniała dziewczyna, która była i jest ze mną w każdym trudnym momencie. To z nią mogę o wszystkim porozmawiać i zawsze na niej polegać. Niezależnie od tego, w jak ciężkim, czy pięknym okresie życia jesteście… Życzę każdemu, żeby miał u swojego boku taką osobę. Wsparcie najbliższych jest niezmiernie ważne i jestem pewien, że gdy już wrócę do biegania, najgłośniej dopingującą mi na mecie, będzie właśnie Kasia!

KIEDY POWRÓT…?

Przestałem już wyznaczać sobie termin wznowienia treningów. Tym bardziej, że nawet po ostrzyknięciu ścięgna osoczem bogatopłytkowym, poprawy nie widać. Masaże, zabiegi fizykoterapeutyczne, rozciąganie, smarowanie itp itd… W szufladzie rośnie mi ‚kupka’ papierów z wynikami różnych badań, które teoretycznie wskazują, że jest odrobinę lepiej, ale ja wcale tego nie czuję. Specjaliści twierdzą, że nie obędzie się bez zabiegu chirurgicznego. Na to nie jestem przygotowany. Psychicznie. Druga sprawa to nowe obowiązki, których się podjąłem. Zostałem bowiem trenerem przygotowania motorycznego w ekstraklasowej drużynie koszykówki ROSA Radom. To kolejny dowód na to, że marzenia się spełniają. Kiedyś koszykówka była dla mnie sportem numerem jeden. Nigdzie nie ruszałem się bez piłki i każdą wolną chwilę poświęcałem grze. Później zostałem biegaczem, trenerem personalnym i nauczyłem się wiele o funkcjonowaniu organizmu sportowca. Teraz mogę to połączyć! I niech tu ktoś powie, że to przypadek…? Nie lubię stać w miejscu. Chcę się rozwijać i do tego właśnie dążę. Będę bardzo dumny, gdy na koniec sezonu nasza Drużyna osiągnie sukces (w co nie wątpię), a ja będę mógł powiedzieć, że dołożyłem do tego choć małą cegiełkę.

WSZYSTKO JEST PO COŚ…

Analizując teraz bardzo dokładnie ostatnie pół roku, dochodzę do wniosku, że moja kontuzja to był sygnał, by spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Jak sobie pomyślę, ile rzeczy umknęłoby mi, gdym wciąż biegał niedospany po 120 km w tygodniu, siedział przed komputerem analizując treningi i szukał zawodów w kalendarzu… Ilu to sprawom nie mógłbym się poświęcić w 100%, a które naprawdę tego wymagały… Pewnie nigdy nie trafiłbym do boxu i nie zaczął trenować CrossFit’u. Tu mogę wykorzystać zdobytą podczas biegania wydolność i wypracowaną na wolnych ciężarach siłę. Uczucie, które towarzyszy mi podczas ostatnich sekund WODów bardzo przypomina mi to z finiszu biegu, kiedy to zwykle ‚leciałem w trupa’, żeby poprawić swój rekord. No i jest też element rywalizacji! Kiedyś myślałem, że nie będę szczęśliwy, gdy nie będę mógł biegać. Złośliwi twierdzili nawet, że nie poradzę sobie wtedy w życiu. Że poza bieganiem nic dla mnie nie istnieje. Nic bardziej mylnego. Jestem bardzo szczęśliwy i czuję się spełniony. Tak naprawdę problem nie jest problemem. Problemem jest to, jak na niego spojrzysz. To chyba najważniejsze zdanie, które chciałbym, żeby każde z Was zapamiętało po przeczytaniu mojego wpisu. Często myślimy, że coś, co nas spotkało, jest nie po naszej myśli, niesprawiedliwe, krzywdzące… Emocje nie są wtedy dobrym doradcą. Postarajcie się spokojnie ocenić sytuację i wyciągnąć właściwe wnioski. Czasem, żeby dostrzec coś, co jest bardzo blisko, należy odejść i spojrzeć z dalszej odległości.

CO DALEJ…?

Wszystko wskazuje na to, że kontuzja tak szybko mi nie odpuści. Ale ja patrzę na to inaczej. Widocznie nie jestem jeszcze gotowy, żeby wrócić do biegania. Widocznie mam jeszcze coś do zrobienia zanim znów zawiążę moje ulubione buty i będę znikał codziennie rano na przynajmniej godzinę. Widocznie muszę przeżyć wcześniej coś jeszcze bardziej ważnego niż do tej pory. Bo to, że kiedyś wrócę, wiem na pewno! Nie wiem, czy uda mi się powiększyć swoją kolekcję pucharów, ale będę z całych sił starał się odzyskać najwyższą formę i znów walczyć o rekordy życiowe. Mogę się jedynie domyślać, że do tego momentu upłynie sporo czasu… Z pewnością czeka mnie też wiele zmian i rewolucji, a przynajmniej jedna, na którą jestem coraz bardziej gotowy 🙂

mario

Udostępnij wpis ...Email this to someoneShare on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0

Published in życie

8 komentarzy

  1. szacun – za miłość, formę i… treść, oczywiście

    • Admin Admin

      thx Lucy! po prostu przelewam na bloga swoje myśli i odczucia. nic nie upiększam i nic nie przedstawiam gorzej niż jest naprawdę. pozdrawiam!

  2. Sis(ter) Sis(ter)

    Cieszę się że nareszcie udało Ci się zacząć tego bloga. Pewnie gdybyś regularnie biegał, to nie miałbyś czasu 🙂 Trzymaj tak dalej i zarażaj innych już nawet nie tyle bieganiem, co pozytywnym myśleniem i radością życia! I tym, że we wszytskim potrafisz znaleźć jasną stronę! Trzymam kciuki za Twój powrót do formy! No i specjalne pozdrowienia dla Twojej K.!

    • Admin Admin

      tak właśnie zamierzam robić 🙂 dzięki Sis! w imieniu Kasi też 🙂

  3. Ok, pytanie do autora – jak myślisz jak to się dalej potoczy?

    • Admin Admin

      będę próbował innych sposobów, żeby wyleczyć Achillesa i powoli wrócić do biegania 🙂

    • Admin Admin

      dziękuję! trochę się pozmieniało od momentu opublikowania wpisu i mam nadzieję, że opiszę to niedługo 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *