Skip to content →

pokonać Achillesa

Z kontuzją Achillesa zmagam się już praktycznie od roku. No cóż, trudno się dziwić. Był przecież częściowo rozerwany. Niektórzy specjaliści mówili mi, że lepiej byłoby całkowicie go zerwać, zszyć, zrehabilitować i tyle. Ja jednak uparłem się, że nie dam się pokroić. Dlatego próbowałem różnych, mniej inwazyjnych metod, żeby wyleczyć to cholerne ścięgno. Miesiąc temu podczas konsultacji dowiedziałem się, że struktura mojego lewego Achillesa wreszcie poprawiła się i wygląda już całkiem nieźle. Ale żeby nie było tak kolorowo, pojawił się kolejny problem, a raczej następstwo poprzedniego. Zapalenie przyczepu i kaletki ścięgna, co objawiało się płynem widocznym na obrazie MRI i USG oraz po prostu dokuczliwym bólem w okolicach pięty, który odczuwałem ostatnio praktycznie przy każdym kroku.

Zdecydowaliśmy z Doktorem, który pomaga mi od początku walki z kontuzją, że potraktujemy kaletkę dokładnie tym samym, co pomogło w przypadku ścięgna, czyli komórkami macierzystymi. Uwierzcie mi, to świetna metoda, która stosowana jest w różnych dolegliwościach, a co najważniejsze – całkowicie naturalna. Leczymy się własną krwią! Komórki macierzyste mają to do siebie, że zachowują się tak, jak środowisko, w które je wstrzykniemy, bo są na tyle młode, że zdążą się do niego przystosować. Ale aby tak było, należy je pobrać ze szpiku, gdzie są produkowane. Inną metodą jest pobranie krwi pępowinowej, lecz nie cofnę się o 33 lata i nie poproszę o to swojej Mamy 😉

Jadąc w środę na zabieg, wiedziałem już więc, co mnie czeka. Szpital Bielański znam już lepiej niż ten w Radomiu, a przynajmniej Oddział Urazowo-Ortopedyczny 😉 Poszło bardzo sprawnie. Na bloku operacyjnym uśpili mnie, żebym nie czuł, jak wwiercają się w talerz biodrowy i pobierają krew ze szpiku, następnie pod kontrolą USG wstrzykują przygotowaną krew w odpowiednie miejsce (wtedy już byłem świadomy) i zawożą z powrotem na oddział. Śmiać mi się chciało, jak Pani Anestezjolog zakładała mi mankiet od ciśnieniomierza na ramię i mówi: „Ooo… a co Pan trenuje? Takich rąk nie ma ktoś, kto nic nie ćwiczy.” 😉 Ogólnie opieka w tym Szpitalu jest bardzo dobra i jeśli ktoś, tfu tfu, będzie potrzebował, to szczerze polecam.

Dwie godziny po zabiegu mogłem wreszcie coś zjeść. Coś, czyli owsiankę przygotowaną w domu 🙂 Przed ogólnym znieczuleniem trzeba być przecież na czczo. Dla mnie to jakaś masakra, ale dałem radę. W sumie, to właśnie brak posiłku do godziny trzynastej i wenflon w ręce (którego nienawidzę) były dla mnie najgorszymi rzeczami w całej tej ‚operacji’. Nie mówiąc oczywiście o dziurze w biodrze, dwóch w pięcie, no i jednej w Achillesie (zostało trochę krwi, więc dostał dodatkową porcję). Grzecznie wyleżałem w szpitalu, ile trzeba i czekałem już tylko na to, żeby Kasia zabrała mnie do domu.

Wszystko mieliśmy już obcykane po poprzednich razach. Orteza, kule, zapasy w lodówce i udogodnienia, dzięki którym będę mógł ‚przetrwać’ najbliższe dni. Dla mnie to rzeczywiście szkoła przetrwania, bo nie jestem przyzwyczajony do siedzenia w domu. Zazwyczaj wychodzę po 6, a wracam ok 20. Są jednak pewne plusy, na których staram się skupiać. Najważniejszy to sen. Wreszcie mogę nadrobić zaległości i właściwie zregenerować organizm. Mam też czas na odpisanie na zaległe maile, wiadomości, zapytania. Ogólnie spędzam teraz z laptopem sporo czasu, bo przecież w tv takie badziewie leci, że aż strach oglądać. Pracuję też nad kilkoma projektami, które mam nadzieję, uda mi się niedługo wprowadzić w życie.

Z pięciu posiłków dziennie zostało mi już tylko cztery, bo moja doba jest teraz znacznie krótsza 😉 Poza tym, zapotrzebowanie kaloryczne mocno spadło i trzeba pilnować, żeby nie jeść tyle samo, co przy dwóch treningach dziennie. Odchudziłem każdy swój posiłek zmniejszając porcje lub zastępując czymś innym. Od wczoraj masuję nogę lodem i zaczynam rozciągać ekscentrycznie z gumą. Ścięgno w miejscu zabiegu jeszcze boli, więc o jakimkolwiek obciążaniu na stojąco nie ma mowy. Mam nadzieję, że najgorsze już za mną i teraz z każdą dobą będzie tylko lepiej. Za tydzień przecież muszę być na chodzie, bo jadę na bardzo ważne dla mnie szkolenie!

Najbliższe dni też już mam zaplanowane i cieszę się z tego, że potrafię efektywnie wykorzystać czas, w którym nie mogę trenować. Pamiętajcie, że w życiu musicie być gotowi na każdą ewentualność i potrafić przystosować się do zaskakujących nas warunków. Nie oglądajcie się za siebie, tylko spójrzcie w przód! Miłego weekendu!

mario

Udostępnij wpis ...Email this to someoneShare on Facebook32Tweet about this on TwitterShare on Google+0

Published in motywacja regeneracja życie

Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *