Skip to content →

moje… krew, pot i łzy podczas Battle Of Europe – CrossFit

Jestem tym typem człowieka, który nie potrzebuje dodatkowej motywacji do treningu. Uwielbiam proces trenowania sam w sobie. Planuję, wykonuję i idę dalej. Mam znajomych, którzy trenują, żeby startować w zawodach. Ja, odwrotnie, startuję, żeby trenować. Zawody CrossFit to dla mnie sprawdzian, w którym miejscu się znajduję, nad czym mam więcej pracować, co robić, by niwelować słabe punkty. Nie inaczej było teraz 8-9 lipca, podczas Battle of Europe w Zielonej Górze.

Plan był, jak zwykle, powalczyć o każde powtórzenie i dać z siebie wszystko w każdym treningu. Zawody nieco inne niż te, w których brałem udział do tej pory, bo odbywały się na otwartym terenie. Ciekawy pomysł, ale jednak pogoda w naszym kraju jest nieprzewidywalna i wielu zawodnikom dała się we znaki. Stadion żużlowy w Zielonej Górze został oczywiście wykorzystany w pierwszym WODzie, który zaczynał się od 4 okrążeń (1200 m) biegu. Na szczęście biegałem ostatnio odrobinę, żeby przyzwyczaić zastanego (kontuzjowanego) Achillesa i wytrzymać te pięć i pół minuty, po których do zrobienia były podciągnięcia, a dalej thrustery, wykroki, rwania i przysiady z kettlem nad głową. Bardzo lubię thrustery i ćwiczenia z kettlami, ale uwierzcie mi… thrustery kettlami to inna bajka. Dwie dwudziestki musiały pójść w górę z przysiadu 30 razy, a za chwilę wykroki z nimi. Snatch i OHS poszły w miarę gładko, a na drążku to odpoczywałem. Po 12 powtórzeniach drugiej rundy thrusterów, czas się na szczęście skończył.

KREW

Nie byłem do końca zadowolony, ale trening okazał się naprawdę wymagający. Humor jeszcze bardziej psuł mi jednak drugi WOD, w którym do zrobienia były 4 rundy po 5 ring muscle-upów i 15 martwych ciągów 110 kg. Dopiero co nauczyłem się robić maselapy na drążku, a tu kółka dają! Fak! To ćwiczenie było przeznaczone raczej dla elity, a nie dla ziomków z OPEN, czy dziadków z MASTERS 35+ jak ja 😉 Razem z Kubą i Eweliną z CF RADOM pojechaliśmy więc w przerwie na nauki do pobliskiej siłowni. Miałem 2 godziny, żeby to ogarnąć i niestety nie ogarnąłem. Mimo wielu wskazówek od Trenerów E&K nie wszedłem na te je***e kółka. Mało tego, prawie rozwaliłem bramę HESa swoją głową bujając się jak małpa na linach, a na dłoniach pojawiły mi się krwiakobąble. Po kilkudziesięciu próbach wróciliśmy na stadion, a Kuba powiedział: „Zobaczysz, że na zawodach wejdziesz na kółka!” Nie chciało mi się wierzyć, ale okazało się, że miał rację. Timecap na 4 rundy było 8 minut, mnie udało się zrobić tylko jedną. Ale czy na pewno tylko jedną? Po raz pierwszy w życiu zrobiłem przecież ring muscle-up! I to nie jednego, a pięć!

POT

Po pierwszym dniu zmagań byłem na 15. miejscu. Do półfinału przechodziło szesnastu zawodników. Nie mogłem tego spierdzielić. W niedzielę rano trzeci WOD: 5 minut na 2 powtórzenia snatcha unbroken i do końca czasu burpees twarzą przez sztangę. Rwanie nie jest moją najlepszą stroną, dlatego zdecydowałem, że założę 50 kg (nie było pośrednich obciążeń typu 45, 55) i walę dalej burpeesy jak zły. Na rozgrzewce okazało się, że 60 kg weszło bez większych problemów, więc zaryzykowałem tuż przed wejściem na stadion, że zwiększę ciężar. Coś jednak nie pykło i sędzia nie zaliczył mi drugiego powtórzenia. Sztangę wyrwałem za nisko i musiałem wrócić do pierwszej opcji, czyli 50 kg. Straciłem dużo czas na odpinanie, zdejmowanie i zakładanie nowych bumperów. Szybkie dwa repy i dalej nadganiałem burpeesami. Nie wiem, ile zostało minut do końca, ale zdecydowanie mniej niż zakładałem. 60 bar facing burpees i 50 kg dało mi wynik 110, co pozwoliło utrzymać pozycję i awansować do półfinału! Musiałem się mocno napocić, żeby naprawić swój błąd…

Do półfinału podszedłem na totalnym luzie. Wspięcia na linę (wersja bez nóg), chodzenie na rękach i pistolety 😀 Lina, pomimo że pierwszy raz w życiu, na lajcie. Chodzenie, pomimo że pierwszy raz w życiu, nie do przejścia 😉 Prawie 10 minut starałem się przejść chociaż dwa metry, ale moja ciężka dupa zawsze lądowała na macie. Nie odpuściłem jednak do ostatniej sekundy treningu i próbowałem się nauczyć tej gimnastycznej sztuki. Tym razem się nie udało, ale na następnych zawodach będę śmigał!

ŁZY

Zadowolony, ale jednak sfrustrowany. Wiele się nauczyłem, ale zobaczyłem też, ile pracy przede mną. Jak zwykle po zawodach miałem mieszane uczucia. Do momentu, kiedy wziąłem w te zmasakrowane dłonie telefon, a tam wiadomość od mojej Kasi, że jest ze mnie dumna! Że widziała na YT, jak walczyłem do końca. Że dla niej i dla Zuzi i tak jestem najlepszy! No i ten filmik, który mi przesłała… Zuzia siedzi na kanapie, ogląda zawody i nagle krzyczy: „BAWO TATA! TATA!” Popłakałem się ze szczęścia 🙂

PODSUMOWANIE

Nawet najgorsze zawody dają więcej niż najlepszy trening! Nie żałuję, że pojechałem ponad 500 km, żeby zobaczyć, jaki jestem słaby. Nie jest przecieć sztuką mierzyć się tylko z gorszymi od siebie i ciągle wygrywać. Jeszcze za czasów, kiedy grałem w kosza, wolałem przegrywać z lepszymi, ale przy okazji wiele się nauczyć. CrossFit to naprawdę genialny sport. Wszechstronność i sprawność, jaką musimy posiadać, jest ogromna!

Co prawda awansowałem do półfinału, ale to też może trochę mylnie brzmieć. Do mojej kategorii zakwalifikowało się 24 zawodników. Na miejscu okazało się, że jest nas jednak tylko 20. Do półfinału awans otrzymywała najlepsza szesnastka. Moje 15. miejsce nie jest więc niczym szczególnym, choć w porównaniu do Medieval Games, gdzie byłem 19. na dwudziestu startujących, jest pewien progres.

CHŁOPAK Z GARAŻU

No właśnie, progres… Żeby go robić, trzeba jeszcze mieć warunki i dobrego partnera treningowego. Jak większość z Was wie, do zawodów głównie przygotowuje się w swoim garażu. Nie mam tam niestety tyle miejsca i sprzętu, żeby być przygotowanym na 100%. Część treningów robię też w POP GYM, gdzie pracuję, ale i tu jest np. za nisko, żeby powiesić kółka do muscle-upów, czy zrobić stanowisko do wallballi. Air bike’a niestety nie mamy, więc sami widzicie, że łatwo nie mam. A żeby z powodzeniem startować na zawodach CrossFit, trzeba… robić CrossFit!

PODZIĘKOWANIA

Chyba największe dla Kasi, która czasem sama mnie wygania do garażu, żebym wrócił w lepszym humorze do domu 😉 Poza tym, dziękuję wszystkim, którzy wylali choć jedną kroplę potu ze mną w trakcie moich przygotowań do zawodów. Ewelinie, Agnieszce i Kubie za wspólna podróż, wsparcie i wskazówki w Zielonej. Pawłowi z ATAF.PL za najlepszy sprzęt do treningu, Góralowi z ATLETY za suplementy i mojemu najlepszemu na świecie cateringowi FITEAT.CO za codzienne paliwo, czyli „Dietę Samuraja”, którą się żywię. Dziękuję też wszystkim trzymającym kciuki za mnie, a hejterów gorąco pozdrawiam 🙂

A teraz idę trenować, bo 12 sieprnia w Toruniu kolejny start podczas Toughness Test Toruń 2017 Edition!

Udostępnij wpis ...Email this to someoneShare on Facebook87Tweet about this on TwitterShare on Google+0

Published in Bez kategorii CrossFit motywacja recenzje życie

Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *