Skip to content →

Fran, Linda, Chelsea… czyli z którą wybrać się na randkę?

Nie będę ściemniał, uwielbiam się styrać. Ale tak na maksa. Jak już trenuję, to idę na wojnę – jeńców nie biorę! Dlatego oprócz zwykłych zestawów dyskotekowo-plażowaych odmulam się często treningami zaczerpniętymi z CrossFit. Poprzedni tydzień taki właśnie był. Zaczęło się w środę, bo akurat miałem mało czasu, a dzień wcześniej Damian wspomniał, że chciał się znów (po kilku miesiącach) sprawdzić we FRAN. Długo nie trzeba było mnie namawiać 😉 Thrusters i Pull-ups w seriach 21-15-9… To tylko dwa ćwiczenia, to tylko trzy serie, ale wykonywane na czas robią megademolkę z człowieka. Sztanga do thrusterów 40 kg, a podciąganie dowolnym sposobem. Wiosną machnąłem ten zestaw w 4:16 min i myślałem, że wypluję płuca. Tym razem było podobnie, ale o 6 sekund dłużej. No cóż… Nie zawsze się bije rekordy, choć Damian się jednak poprawił i to sporo.

Moja chęć bycia coraz lepszym nie dawała mi spokoju. Postanowiłem wytoczyć jeszcze cięższe działa i po czwartkowym „opierdzielaniu się” na Body Pump, w piątek ustawiliśmy się z Lindą! Tym razem 3 ćwiczenia, ale 10 rund i spore obciążenia na sztangach. LINDA to kolejny crossfitowy zestaw, w którym wykonuje się najpierw wszystkiego po 10, potem po 9, po 8 i tak dalej, aż do serii, gdzie robisz jedno powtórzenie każdego ćwiczenia. W sumie wychodzi 55 sztuk martwych ciągów, wyciśnięć sztangi na ławce płaskiej i zarzutów olimpijskich, czyli clean’ów. To, jakim ciężarem machasz, zależy od tego, ile ważysz. I tak klatkę robi się z odpowiednikiem ciężaru własnego ciała, deadlift to 1.5 x swoich kilogramów, a clean x 0.75. W moim przypadku było to odpowiednio 70, 105 i 52.5 kg. Trzy sztangi gotowe, czas start i jedziemy z koksem. Minuty leciały nieubłaganie, a ja musiałem robić coraz więcej przerw. Ale tylko na tyle, żeby jak najszybciej podejść do kolejnych powtórzeń. Po 27 minutach i 50 sekundach podobno wyglądałem tak, jakbym miał zemdleć. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo kiedy biegałem w zawodach i aparat cykał mi fotkę na mecie, to czułem się podobnie. Jednak satysfakcja z ukończenia tak ciężkiego treningu była nie do opisania 🙂

Chwilę później musiałem wrócić do pracy, bo byłem umówiony na trening personalny. Jak kończyłem swoje zmagania ze sztangami, mój podopieczny Mateusz już się rozgrzewał na orbitreku. Idąc do szatni, żeby wziąć prysznic, machnęliśmy sobie ręką na przywitanie i podszedłem na chwilkę, żeby powiedzieć, że za 10 minut będę gotowy. Jak wróciłem, usłyszałem bardzo budujące słowa, które zapadły mi w pamięć:

„Mariusz wiesz co… chciałbym mieć tyle zaangażowania do treningu, co Ty. Jak Ty to robisz? Chętnie kupiłbym od Ciebie trochę Twojego uporu i poświęcenia.”

Nie piszę tego, żeby się pochwalić, bo większość z Was zna mnie i wie, że jak coś robię to na 100%. Piszę to dlatego, żeby uświadomić ludziom, że najważniejszym mięśniem do treningu jest SERCE! Pamiętajcie o tym. A poza tym, sprawdza się stara prawda, że niektórych rzeczy jednak nie da się kupić…

Za chwilę była sobota i znów chwila czasu wolnego… Ale jednego byłem pewny: nie mam ochoty na jakiekolwiek ciężary! Znów CrossFit, znów Damian, ale tym razem CHELSEA 🙂 Typowy EMOM, czyli each minute on minute – tutaj akurat runda składa się z 5 podciągnięć, 10 pompek, 15 przysiadów, którą teoretycznie powinno wykonywać się wraz z rozpoczęciem kolejnej minuty na zegarze. Im szybciej zrobisz, tym będziesz miał więcej czasu na odpoczynek. Chelsea zakłada 30 takich rund i choć kiedyś zrobiłem ją z palcem wiecie gdzie, to jednak tym razem obawiałem się trochę, jak zachowają się moje prostowniki grzbietu po tych martwych i cleanach z wczoraj. Przyznam, że czułem je nawet w nocy, przekręcając się podczas snu… No ale nic, trzeba być twardym, a nie miętkim, więc nie szukałem wymówek. Mało tego, założyłem Training Mask, która ogranicza dostęp tlenu (zwiększając wydolność), żeby nie było tak łatwo 😉 Rozgrzewka na wiosłach, trochę mobilności z gumami i zaczynamy. Na początku trochę się dłużyło, ale jak już złapałem rytm, szło całkiem nieźle: każdą rundę zrobiłem maksymalnie w 40 sekund. 20 zostawało więc na odpoczynek i kolejne podejście do drążka. Szczerze mówiąc, to po tych 30 minutach czułem lekki niedosyt, ale rozsądek powiedział BASTA! Basta i nagroda: nic tak przecież nie cieszy, jak dobry posiłek po treningu 🙂

Kierunek -> American Dream na Żeromskiego, czyli dobry burger nie jest zły! Trener też człowiek, więc czasem bułę z wołowiną zje, szczególnie po wysiłku i w dobrym towarzystwie. A to było najlepsze, bo dołączyła do nas Moja Kasia z małą Księżniczką w brzuszku 😉 Jeśli chodzi o burgery, to zwykle jadam tego na ostro, czyli Spicy, dobrze wysmażonegoChłopaki naprawdę robią smaczne jedzenie, więc śmiało polecam! Ostatnio nawet przyjechał pod Galerię do nas food truck z Bobby Burger i szczerze, to nie umywał się do naszego burgera. Pogoda była rewelacyjna, więc zjedliśmy na powietrzu i pogadaliśmy, głównie o wózkach i pieluchach 😉

Śmiać mi się tylko chciało, jak w pewnej chwili zaczęliśmy narzekać:

Damian: ale mnie bolą plecy od tej Fran…

mario: ale mnie bolą plecy od tej Lindy…

Kasia: ale mnie bolą od tej Zuzi… 😉

 

Udostępnij wpis ...Email this to someoneShare on Facebook33Tweet about this on TwitterShare on Google+0

Published in CrossFit motywacja trening życie

Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *